Wakacyjna retrospekcja spod krzyża

Cross camping. Pamiętam, gdy jakiś czas temu, gdy pod pałacem prezydenckim stał jeszcze krzyż, ja wymyśliłem właśnie to określenie. Ten zwrot. Na początek może warto wyjaśnić skąd nazwa? Nie jest to wcale takie trudne. Cross – z ang. krzyż, a camping – każdy wie. Wróćmy jednak do samego cross campingu i do tego jakie atrakcje na nas czekają w przypadku kiedy wybierzemy ten sposób spędzenia urlopu. Jedną z głównych zalet jest to, że możemy być w kilku miejscach naraz. Niby Warszawa, a przecież Krakowskie Przedmieście i na dodatek w cieniu drzewek lasów smoleńskich. Kolejny plus cross campingu, to znowu synteza. Jest trochę jak na meczu, a trochę jak pod Grunwaldem. Zagorzali kibice walczą między sobą i przerzucają się różnymi hasłami oraz przedmiotami, a służby porządkowe nie umieją nad tym zapanować. Co do roku 1410, to brakuje do pełnego podobieństwa następujących rzeczy: dwóch mieczy, koni, prześcieradeł z krzyżami i przywódcy o dziwnie brzmiącym nazwisku – reszta jest już zgodna z historią, bo przecież na pewno wygra Polska. Ostatnim co skłaniało by do uskuteczniania cross campingu jest jego pełna darmowość. Wszystko jest „za free”, wystarczy tylko zabrać ze sobą zatwardziałość, fanatyzm, bo na zdrowy rozsądek raczej liczyć tam nie można.